kopalnia

kopalnia

Poznaj Olę. Nie jest feministką, w dupie ma politykę. Nie korzysta z prawa do głosu, choć buzię otwiera bardzo często. Jest zgrabna, dość ładna i bardzo pewna siebie. Na świat spogląda nieco przymrużonymi oczami spod ciężkich wytuszowanych rzęs. Zaszczyca uwagą tylko to, co nowe piękne modne i alternatywne. Na sztuce nie dla wszystkich zna się doskonale, sama jest dziełem sztuki, wypracowaną pozą, doskonałą maską. Pozwól jednak, że zdekonspiruję bohaterkę. Gówno wie o artyzmie, chyba że sztuką nazwiesz szczodrze obrabiane penisy. Jej zdanie pokrywa się znak w znak ze zdaniami wyciętymi z tekstów gazet. Zwierciadło, Wprost, Glamour i Do Rzeczy. Jak katarynka powtarza te zdania, jeśli tylko może dodać rozmowie kontrowersji. Długie rzęsy zakrywają oczy wiecznie wywrócone i spojrzenie puste jak bęben pralki.
Ola ma zadanie: udowodnić światu, że jest na niego za dobra.

***

Na Darku poznała się od razu. W klubie, kiedy niezdarnie usiłował wpoić w nią drinka, by wydoić z niej dziewięciocyfrowy numer. Nie miał nic w sobie, tylko to staranie. Przyjęła wyzwanie: pokazać samej sobie, jak bardzo tego nie chce. Była świetnie zorganizowana, wśród swoich stu hobby i zainteresowań znalazła miejsce dla niego. Bywała wszędzie, robiła sztukę, znała ludzi, a on to wszystko łykał. Pelikan, tak go zapisała w telefonie.

Uczyła go, że seks to nie tylko ruchanie. Z cierpliwością mniszki poddawała swoje ciało niezgrabnym zabiegom jego długo nieużywanego penisa. Zabierała go do opery i teatru, do kina czy na film, przy niej wyszedł z kanapy i laczków do ludzi o horyzontach szerszych niż rozstaw oczu. On był szczęśliwy, czuł, że to nie jego liga, że trafił gdzieś wyżej. Ona wiedziała za to, że żadna liga nie istnieje, że nie istnieją nawet oni, bo to wszystko marna farsa. Chciała być muzą, ale dla niego muza to wciąż tylko empetrójki.

To nie jest tak, że robiła to specjalnie. Przywiązała się nawet do tego głąba. Jemu wydawało się, że przy niej wzlatuje wyżej. Jej wydawało się, że mógłby być interesujący za jakieś 10 lat. Na razie pozostawał zabawką w jej rękach, marionetką, dronem, nakierowywany sprawnym ruchem szczupłych palców wszędzie, gdzie tylko chciała. Im dłużej to trwało, tym bardziej był głąbem w jej oczach. Miewała go dość.

Kłócili się, a ona mówiła: jestem kopalnią, a ty zamiast ze mnie czerpać wózkami, wwozisz do środka gruz. Zaśmiecasz mnie swoją miłością. Zrobisz mi dziecko, dasz pierścionek, weźmiemy szybki ślub z twoja matką popłakującą w pierwszym rzędzie. Weźmiemy kredyt, nie będziemy w stanie go spłacić, dziecko zachoruje, a ty mnie zostawisz, odjedziesz golfem w siną dal. Wrażliwości masz tyle, co pusta kartka papieru. Staram się zadrukować cię poezją, prozą, tekstem. Nic to, jesteś tabula rasa, nic z tego nie będzie, nie będzie ślubu dziecka i rozwodu, nie ma w tobie poezji, smutna marionetko, przebrany pierrocie. To koniec.

Nie trzasnęła drzwiami. Nie zabierała swoich rzeczy. Właściwie to u Darka była tylko jej szczoteczka do zębów, ot, drobiazg niewart uwagi. Nigdy nie bywali u niej. Wiedziała, że tak będzie sprawniej i czyściej, rozstanie gładkie, zaplanowane pół roku wcześniej. Wychodziła z jego mieszkania lżejsza, a w Darkowej kieszeni ciążył pierścionek. Wychodząc nie zwróciła uwagi na ciche dźwięki symfonii Mozarta. Jeszcze tego samego wieczoru zablokowała jego numer.

Kilka godzin później siedziała w pubie sącząc drinka. Barman znał ją od paru lat, przychodziła równo co pół roku, dziwna dziewczyna. Świdrowała go wzrokiem, gdy patrzył na nią o sekundę zbyt długo.

- Cześć, jestem Marcin.

- Ola. Mam dla ciebie pół roku. – powiedziała odstawiając szklankę, by uścisnąć jego dłoń.

***

Znasz ich kilka albo kilkadziesiąt. Każda inna niż wszystkie takie same.

Czytaj więcej