Podwójny axel, potrójny toeloop foto

Podwójny axel, potrójny toeloop

Lubimy wiedzieć, że jesteśmy mądrzy. Gdy tylko ktoś napisze coś, z czym się zgadzamy, momentalnie zakładamy, że jest mądry jak my. W końcu myśli podobnie. Ale niech cię to nie zwiedzie, wielu ludzi przed tobą myślało dokładnie tak jak geniusze: Hitler, Stalin czy Pol Pot, i czuli się w środku wielcy, dzieląc idee ubrane dobrze w słowa.
Chcę przez to powiedzieć, że żadne ze słów, które tu przeczytasz, nie powinno do ciebie trafić. Nie powinieneś ich poczuć, a jeśli jednak tak się stanie, oklasków nie będzie.

Od kiedy pamiętam wszystko przychodziło mi łatwo. Nauka, znajomości, chłopcy. Przechodziłam w szkole konkursy wygrywając kradzione godziny opierdalania się już w podstawówce, ponieważ nie wygrywałam ich ciężkim wysiłkiem, a wielką tajemnicą wielkiego umysłu. Brzmi ona: wślizg. Wyobraź sobie, że zakładam łyżwy i wychodzę na taflę życia. Po drodze sto osiem problemów, piętrzą się niezdarnie krzywiąc kolana, a ja płynę pośród nich na dobrze zaostrzonych płozach. Buduję napięcie serią obrotów i piruetów podnosząc zgrabnie ramiona. Wyrasta przede mną kolos z hokejowym kijem: przeskakuję go podwójnym akslem przeskakując z nogi na nogę, ale pamiętaj, zawsze na lewą, bo lewą mam słabszą. I tu tkwi sekret. Ląduję na lewej, bo nie lubię gdy jest łatwo. Wolę gdy sytuacja staje się tak napięta, że niepewnym jest czy wyjdę z niej cało. Dlatego licencjat pisałam 48 godzin, kilka dni przed wyznaczonym dodatkowym terminem. I zdałam na 5. Nie ma się czym chwalić, nie o tym ten tekst. Zwlekałam jednak tak długo, bo lubię chyba czuć smród gorącego oddechu przegranej na plecach, ten powiew, który nie daje mi spać, a jednocześnie pędzi mnie na złamanie karku, jak najdalej, jak najszybciej przed siebie. Nie cofnę się przecież prosto w twarz hokeisty. O, nie. Czekam więc aż mnie dogoni i złapie za rękę, dopiero wtedy wyrywam się jak śliski wąż i rozpędzam się. Rozpędzam się widząc w oddali zbliżającą się bandę. Teatralnym gestem wyjmuję z ust bokserski ochraniacz na zęby i pędzę na spotkanie nieuchronnej katastrofy szczerząc się szalenie. Jestem już tuż, tuż o krok, gdy w gładkiej tafli pojawia się rysa. Za jej sprawą zmienia się tor jazdy, a ja zmuszona jestem skoczyć. Potrójny toeloop, bardzo trudny skok. Wyznaczam w myślach punkt, sięgam go ręką, spadam na niego z całym impetem i dobijam go łokciem kończąc wyczyn piruetem, z którego wyjeżdżam ściskając cel w myślach. Znowu się udało, znowu prześlizgnęłam się przez ważny życiowy most, wkładając w to minimum wysiłku. I tak od lat, od lat przesuwam granicę ryzyka, wydobywając z siebie nieartykułowane dźwięki natężam się dopiero na ostatnią chwilę, by przekonać się kolejny raz, że mimo wszystko, znowu osiągnęłam cel.

To nie jest tekst o łyżwiarstwie figurowym, to jest tekst o beznadziejnej potrzebie samodestrukcji, ukrytej gdzieś głęboko nienazwanej emocji. Na moim stroju błyszczące detale: cekiny i dżety niepokoju, podszyta strachem spódniczka z mijających miesięcy zamieniają się w chwilę miękkiej chwały, oszukana duma nie wymaga prawdy, oszukana ja nie oczekuję braw – znowu wyzwanie okazało się być miałkie i mętne, dlaczego więc nie porysować jego tafli ostrą łyżwą, drobiąc kroczki i sunąc wściekle na spotkanie kolejnych aprehensji. Gdy już zdam sobie sprawę, że ponownie przeskoczyłam nad problemem z gracją Mariny Anissiny unoszącej nad głową Gwendala Peizerata w najlepszych latach, to wystawiam sobie w myślach notę i odechciewa mi się dalszych turniejów, bo niezmiennie jest wysoka. A jednak biorę w nich udział, dusza olimpijczyka. Lęki rosną; a co jeśli następne wyzwanie mnie pokona? Albo gorzej, co jeśli okaże się tak płytkie, że nie będę musiała zakładać łyżew?

Nie chcesz tego. Nie chcesz gnić wewnątrz siebie czekając aż będzie za późno, by dopiero wtedy z furią dobierać się zadaniom i celom do gardła. Nie chcesz przekonać się, że lód jest twardy i zimny, i boli od niego dupa. A ja chcę. Chcę upaść i nie mogę. Nie chcę upaść i nie upadam, mimowolnie wyciągając jedną nogę do wślizgu. Głęboko wierzę, że byłabym lepszą osobą, gdybym planowała dni i cele zgodnie z rozsądkiem, schematem i rozumem. Wygląda jednak na to, że wszystkie trzy wypadły z konkursu zastąpione sceną z Fight Clubu: jestem jednocześnie pobitym Edwardem Nortonem i pingwinem szepczącym „slide”.

  • Ania P.

    Dobre to. Dobreee.